Jedna wielka metafora.


Wreszcie dostała długo wyczekiwaną pracę w nowym mieście, niestety, oddalonym setki kilometrów od domu rodzinnego. Zamieszkała w starej kamienicy z wspólnym ogródkiem z sąsiadami. Na drugim piętrze znajdował się jej kącik. Tuż za ścianą mieszkała trzyosobowa rodzina: mama, tata i nastoletnia córka. Niestety, ich sytuacja rodzinna spowodowała, że Kaja była zdana tylko na siebie. To od niej zależało czy pójdzie do szkoły czy nie, o której wróci, co robi, kiedy je i czy w ogóle to robi.
No właśnie.
Tak się złożyło, że często widywały się z Kają na  klatce schodowej. Po bliższym poznaniu, Monika  poczuła, że musi się nią choć trochę zaopiekować. Tak, by się nie zorientowała. Często rozmawiały. Wraz z upływem czasu została jej przyszywaną matką. Tak przynajmniej czuła. Coraz częściej przebywała u niej w domu. Robiła zakupy, codziennie przynosiła obiad. Zdarzały się dni, gdy gotowały razem, ale bardzo rzadko.
Kaja miała problemy z nauką, więc Monika, jak na matkę przystało, pomagała jej w lekcjach. Martwiła się, gdy długo nie wracała do domu.
Sama czasem wyjeżdżała, by, choćby, odetchnąć. Zresztą, miała własne życie, własne problemy, a musiała opiekować się kimś, kto na dobrą sprawę, wcale nie należy do jej rodziny i, być może, wcale takowej troski nie potrzebuje. Na dodatek, różnica ich wieku wcale nie była taka duża. Równie dobrze, mogłyby być siostrami. Wyjątek stanowiła opieka, co dla Moniki było, akurat w tym wyjątkowym przypadku, równoznaczne z rodzicielstwem. Wolałaby pożyć dla siebie, w niektórych dniach być całkowicie niezależna. Niestety- tak wygląda dorosłe życie. Zdobyła kolejne doświadczenie, które w jakiś, choćby minimalny sposób, przygotuje ją do funkcjonowania w pełnej rodzinie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *