Wszystko naraz!

Ostatnio ciągle piszę o językach. Tylko, że jak może być inaczej, skoro obracam się w takim a nie innym środowisku? Nawet w zanadrzu mam kolejny wpis o nich. A raczej o jednym, ale to następnym razem.

Dużo marzę, dużo chcę i… tak się składa, że wiele z marzeń udało mi się zrealizować. To nie tak, że dążę po trupach do celu, że muszę coś osiągnąć. Nie. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić, ale one spełniają się jakby same. No, może nie do końca. Czasem wydaje mi się, że jestem zbyt ambitna oraz, że zbyt wiele rzeczy mnie interesuje. A przecież nie muszę mieć i wiedzieć wszystkiego. W związku z tym zrezygnowałam z kilku takowych postanowień. Albo inaczej- po prostu zostawiłam je „na potem”, że być może kiedyś coś w danym kierunku zrobię.
Moje życie, jak to moje życie, płata mi ciekawe figle. Lubię je, przynajmniej jest interesująco. Częstym przypadkiem jest fakt, że jak nic się nie dzieje, to nic się nie dzieje, a jak już coś zacznie, to wszystko naraz.

Zdecydowałam, że po obronie zajmę się angielskim i francuskim. I od lipca faktycznie nie próżnuję. Jako, że marzy mi się Kraków, mam kilka planów co do studiowania tam. Bardzo chciałabym chodzić na zajęcia z tańca klasycznego (czyli baletu). Po prostu, żeby się poruszać. Zdecydowałam więc, że jeśli nie uda mi się znaleźć pracy na wakacje, to będę się rozciągać, żeby nie wyjść na totalną sierotę na zajęciach. Chociaż podobno na balecie dla dorosłych wszystko zaczyna się od podstawowych podstaw. A z moją gibkością nie jest znowu tak źle.

Ponadto czytam różne różności w internecie. I mimo że zaczynam od jednego, to kończy się na czymś zupełnie innym. Takim cudem właśnie trafiłam na nauczanie Francuzów polskiego. A raczej ich korektę. Z wzajemnością, bo i ja korzystam z tego przywileju i pytam ich o różne kwestie. A propos nauczania polskiego- zawsze bałam się tego, bo przecież ten język jest tak trudny, że omatkokochana. Sama przecież nie znam zasad gramatyki choćby. Zdarza się, że sama zastanawiam się jak coś odmienić. Ach, ale ze mnie native speaker 😛

Ale to nie wszystko. Marzyłam też o graniu na pianolce. Ale to w daleeeeeeeekiej przyszłości, o ile w ogóle. Poddałam się, jeżeli chodzi o tę kwestię (o właśnie. Nie wiem kiedy używać „tę” a kiedy „tą”). Nie można mieć przecież wszystkiego naraz. Taaaaak. Dwa dni temu za darmo dostałam keaboard. Jak żyć? No nic. Zostawię go sobie na później. Na za dwa, trzy lata. Zresztą, zobaczymy co życie przyniesie. Czy w ogóle dostanę się do Krakowa?

Zapomniałabym o włoskim. Miałam go na studiach jako lektorat i… też wypadałoby znać go lepiej. Na razie jednak nie będę robiła nic w tym kierunku. Poza czytaniem blogów rzecz jasna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *